//   jura, powrót

skomentujNiedziela, 20 maja 2012 r.

Kolejny wyjazd w Jurę przeszedł do historii. Dobrze jest mieć takie miejsce na ziemi, w którym świat wydaje się łatwiejszy do zrozumienia.

//   jura, dzień drugi

komentarze (1)Piątek, 18 maja 2012 r.

Postrzeganie świata zmienia się wraz z upływem lat. Okiennik Skarżycki wydaje się co najmniej 3x mniejszy od obrazu, jaki funkcjonował w moich wspomnieniach. Podejście i przede wszystkim zjazd z Góry Zborów też wydają się mniej straszne niż kiedyś. I tylko jazda wzdłuż wyciągu narciarskiego w Morsku dalej podnosi poziom adrenaliny pod górną kreskę. W 1999 roku (mój pierwszy wyjazd rowerowy w Jurę) wylądowaliśmy ze znajomym w sklepie rowerowym w Zawierciu. Miejscowy wymiatacz powiedział, że nieoficjalny rekord szybkości zjazdu na tym kilkuset metrowym odcinku wynosi 80 km/h. Zakładając, że nie chciał się popisać i nie ubarwił swojej opowieści, to chylę czoło przed ów rekordzistą. Ja dzisiaj dobiłem do 60 km/h i myślałem, że nie wyhamuję przed barierkami odgradzającymi stok od drogi. 20km/h więcej? Szacunek człowieku, kimkolwiek jesteś.

Swoją drogą znalazłem chyba w końcu swoją niszę w rowerowym świecie. Tzw. All Road, czyli połączenie ciężkich podjazdów, szybkich a czasami technicznych odcinków zjazdowych i w końcu długiej rowerowej wędrówki to chyba to czego szukałem. Teraz marzą mi się wyjazdy do Karpacza, Szklarskiej Poręby i przede wszystkim do Szczyrku. Mam nadzieję, że znajdę czas zanim „śniegi pokryją góry”.

 

Dobra, wróćmy do Jury . Wczoraj pisałem o zmianach jakie zaszły w tym regionie, a dzisiaj trochę ponarzekam. Nie wiem kto jest odpowiedzialny za oznakowanie tras i szlaków, ale powinien dostać dożywotni zakaz wykonywania zawodu. Pal licho, że kolory są ledwo widoczne i ukryte między drzewami, a często na rozstaju dróg gdzie przydrożny Chrystus stał nie ma żadnej strzałki sugerującej, w którą stronę trzeba skierować swe kroki. Pal licho, że odległości pomiędzy oznaczeniami sięgają czasami kilkuset metrów. To wszystko nic. Natomiast to że w wielu miejscach szlak czerwony idzie i w prawo i w lewo, a nagle zmienia kolor i prowadzi w zupełnie inne miejsce, to już kryminał. Ktoś wpadł na pomysł, że podzielić istniejące trasy na: szlaki rowerowe, piesze i konne. Do tego jeszcze hotel Ostaniec wytyczył własną pętlę, a w to wszystko z gracją słonia wpiernicza się „Szlak rowerowy Orlich Gniazd” z własnymi oznaczeniami. Podsumowując – cyrk na kółkach.

Kolejną ciekawostką jest wytyczenie na Górze Zborów rezerwatu przyrody. W kilku miejscach stanęły tablice informujące o zakazie wjazdu dla wszystkich poczynając od rowerzystów a kończąc na wędrujących zakonnicach. Wszystko ok., jest tylko mały problem – NIKT tego nie przestrzega, a spotkany na wieczornym spacerze ratownik miejscowego JOPRu  na pytanie „czy mogę tędy wejść na górę?” odpowiedział grzecznie „a idź pan se”. Cóż miałem uczynić? Poszedłem.

 

Tak oto minął kolejny dzień pański. Dobranoc :)

 

Na zdjęciu: Góra Zborów.

//   lekcja pokory

komentarze (1)Czwartek, 17 maja 2012 r.

Średnia prędkość na poziomie dwudziestu kilku kilometrów na godzinę i uczucie po zakończonym treningu, że mógłbym jeszcze spokojnie zrobić drugie tyle. Tak… ale w Warszawie zasuwając po Powsinie i nad Wisłą. W Jurze dostałem śliczną lekcję pokory. Niespełna 32 km po korzeniach, piachu i na kamienistych podjazdach Góry Zborów rozłożyły mnie kompletnie i do hotelu wracałem na tzw. „miękkich nogach”. Próbowałem powtórzyć niektóre trasy zjazdowe, na których kiedyś uczyłem się downhillu i… jednak to już nie te czasy. Nawet trochę się uśmiałem, bo technicznie jestem chyba lepszy niż kiedyś, ale te kilka lat temu miałem mniej hamulców w głowie i dzisiaj na niektóre rzeczy po prostu nie starczyło mi… odwagi. Zobaczymy, może jutro?


Jura się zmienia. Powoli, ale nieodwracalnie. Rzędkowice nie mają już nic wspólnego z liczącą 500 mieszkańców wsią z jednym sklepem, dwiema mordowniami knajpami i kilkoma kwaterami na krzyż. Dzisiaj większość gospodarstw nosi dumną nazwę „agroturystyka”, przy wjeździe od strony Podlesic stoi wypasiony „Hotel Skalny”, a podchodząc pod skały możemy się zapoznać z… regulaminem wspinaczki.  Te zmiany wyjdą pewnie wszystkim na dobre. Zyskają zarówno mieszkańcy, którzy w końcu przestaną klepać biedę, szczęśliwi będą również turyści, którzy nareszcie mają się gdzie zatrzymać, umyć i porządnie zjeść. Szkoda tylko tego klimatu, który był kiedyś. Tego poczucia wyjątkowości,  że przyjeżdża się w miejsce, w który „Diabeł mówi dobranoc”. Wyjątkowość odeszła bezpowrotnie, podobnie jak do historii przeszła „elitarność” wspinaczki.
Przez te dwa dni spróbuję zobaczyć jak najwięcej. Chcę przypomnieć sobie miejsca, które zostały gdzieś tam głęboko w pamięci i z którymi wiąże się tyle wspomnień.
 

//   Mijas

komentarze (2)Wtorek, 15 maja 2012 r.

Znowu mi się Hiszpania włączyła... Brakuje mi tych ciepłych kolorów i gorącego powietrza, z którym człowiek zderza się w chwilę po wyjściu z lotniska. Chyba czas najwyższy znowu ruszyć tyłek na południe.

 

Na zdjęciu: Mijas.

//   półsen

komentarze (1)Niedziela, 13 maja 2012 r.

Od kilku dni nie mogę się zebrać, żeby sklecić kilka słów. Ostatnio zasypiam jak dziecko w chwilę po tym, jak usiądę w domu przed komputerem. Przed oczami pokazują mi się zamazane obrazy. W półśnie wszystko wydaje się takie magiczne.

Po jakimś czasie się budzę i po omacku przenoszę się do łóżka. Mija kolejny dzień.

//   przekichana majówka

komentarze (5)Sobota, 05 maja 2012 r.

Ostatnio blog przegrał z notorycznym brakiem czasu oraz z alergią, która - jak co roku - najmocniej atakuje mnie właśnie podczas majówki. Ostatnie dwa tygodnie spędziłem głównie w samochodzie i na meczach, a zamiast aparatu, w ręku trzymałem.... chusteczki.

Również na rowerze jeździ się trochę trudniej, gdy zamiast koncentrować się na kolejnych dziurach i omijaniu gałęzi musiałem zgłębić trudną sztukę oddychania w przerwach pomiędzy jednym a drugim atakiem astmatycznego kaszlu. Mogę się natomiast pochwalić, że sztukę dmuchania nosa bez zatrzymywania bicykla opanowałem do perfekcji.

Mimo tych okropnych i straszliwych niedogodności pokazałem, że jestem głupi dzielny i kilka dni temu zrobiłem ponad 40 km klucząc po zarośniętych dróżkach dzikich terenów nadwiślańskich oraz przejechałem znaczną część rezerwatu Wysp Zawadowskich. Utrzymywanie prędkości 25/30 km/h na dziurach, hopkach i zaskakującym notorycznie kopnym piachu, dostarcza świetnych wrażeń. Jak ktoś lubi te klimaty, bardzo polecam. Co prawda po powrocie do domu prawie zemdlałem i chyba jednak nie do końca pokonałem latające pyłki brzozy (zauważyliście, że ostatnio jak tylko pojawia się jakiś problem, to winna jest zawsze brzoza...? :)), ale na ten wstydliwy fakt spuśćmy zasłonę milczenia.


W niedzielę ostatni mecz i od poniedziałku zaczynam obmyślanie strategii na Euro 2012, czyli "jak i gdzie trzeba się zaszyć w Polsce, żeby mieć tę imprezę kompletnie w... nosie". Jak ktoś ma pomysł, czekam na info. Odwdzięczę się dobrym browarem. Dobranoc;)

 

Na zdjęciu: Wisła na wysokości rezerwatu Wysp Zawadowskich.  

//   a może plener?

skomentujNiedziela, 22 kwietnia 2012 r.

Drugie zdjęcie z sobotniego spaceru nad Wisłą. Jakby ktoś miał ochotę na mały plener w sobotę za tydzień, to zapraszam. Tylko uprzedzam, że startujemy najpóźniej 6:30:)